Po skończonej zabawie, był czas wyciągania ciasta z piekarnika. Dymitr był cały z mąki, wraz ze mną i jego siostrami.
-O, nie! Myć się dzieci! - postanawia Olena. - A ty, Dymitr, ze swojego kieszonkowego kupisz mąkę.
-Ale...
-Zacząłeś! Teraz musisz to odpłacić!
Zwiesza głowę i trochę robi mi się go żal. Ale tylko odrobinę.
Zwiesza głowę i trochę robi mi się go żal. Ale tylko odrobinę.
Idziemy po kolei się myć - ja pierwsza. Wychodzę spod prysznica, otulona zapachem mleczka pod prysznic mamy Dymitra. Fajny zapach i chyba jej potomkowi się spodobał, bo chyba więcej razy wdychał powietrze. Będę go kusić tym zapachem, ale on wie, że nie ma u mnie żadnych szans. Będzie ciekawie patrzeć na jego męki.
-Ja już muszę chyba iść.
-Jasne - odpowiada Olena i wręcza mi kawał ciasta. - Przyjdź jeszcze kiedyś.
-Oczywiście.
Wychodzę z domu Bielikowów i udaję się do mojego domu, gdzie oddaje Samancie ciasto i idę na górę. Włączam muzykę, zakładam słuchawki i piszę z Lissą. Jest teraz z swoim chłopakiem w domu i zapraszają mnie, ale, chcąc oszczędzić sobie widoku Ozery, odmawiam.
Przyciszam trochę piosenki rozmyślam o dzisiejszym dniu.
-Rose! Kolacja! - dochodzi mnie wołanie Sam z dołu.
-Już idę!! - odpowiadam.
Z mozołem zwlekam się z łóżka i schodzę na dół. Jem kanapki z serem żółtym i szynką oraz dziękuję gospodyni za przepyszną kolację.
Wracam na górę i przebieram się w pidżamię. Pokładam się na łóżku i zasypiam, wpierw pakując się na jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz