wtorek, 31 października 2017

Rozdział 5

Obudziłam się rano, przypominając sobie, że dzisiaj znowu szkoła!
Ja tam nie chcę. Nie, nie, nie!
Wiecie, że to więzienie? Są strażnicy (nauczyciele na dyżurze)! Patrolują wszystko, co robimy. Nie można wychodzić! To koszmar!
Wstałam z ciepłego, miłego i kochanego łóżka, gdy Sami prawie się udusiła swoim krzykiem. Z nią nie ma lekko. Ubieram się w luźne rzeczy i przypominam sobie o Bielkowie. Załamię się z nim!
Szybko spakowałam klucze do domu i zabrałam jakiś długopis do kieszeni.
-Rose! Śniadanie! - Sam woła mnie, gdy już chcę wyjść do szkoły.
-Ale ja się spó...
-Nie nabiorę się na to. Masz na ósmą. a jest wpół do. Już. Wszamaj.
Wzruszyłam ramionami i szybko zjadłam całe śniadanie.
-Spakowałam ci jeszcze drugie do torby. Zmiataj.
Szybko zabrałam torebkę i wyleciałam z domu. Wsiadłam do samochodu, gdzie Rick już naciskał nogą na gaz.
-To co, mała. Pędem do szkoły, bo się spóźnisz? No to jedziemy.
Mój szofer rzeczywiście postarał się, byłam 10 minut przed początkiem lekcji.
-Dzięki. Przyjedź o piętnastej. Pa!
Wyszłam z auta i skierowałam się do placyku, gdzie czeka się na lekcje. Jacyś nowi zaczerwienieni po uszy biegli w stronę jakiegoś nauczyciela, a jednemu uczniowi uciekła jakaś kartka z notesu. Wzruszyłam ramionami i szłam dalej.
-Cześć, Rose - Lissa kierowała się w moją stronę.
-Co tam, Liss?
-A dobrze. Tylko biedny Chrystian ma zatrucie pokarmowe. - Zrobiła smutną minę.
-On niech sobie umiera, a ja cię dzisiaj porywam na zakupy.
-Ale, Rose. On chciał, bym dzisiaj do niego przyszła..
-To potem pojedziesz ze mną.
-Wypchaj się! - rzuciła, gdy zadzwonił dzwonek.
*************************************************
Rozdziały będą pojawiać się w weekendy. Ten jest za ten co był.
Jak spędziliście ten dzień? Przestraszyliście się lub wy kogoś? Ile macie cukierków? 

niedziela, 22 października 2017

Rozdział 4

Po skończonej zabawie, był czas wyciągania ciasta z piekarnika. Dymitr był cały z mąki, wraz ze mną i jego siostrami. 
-O, nie! Myć się dzieci! - postanawia Olena. - A ty, Dymitr, ze swojego kieszonkowego kupisz mąkę.
-Ale...
-Zacząłeś! Teraz musisz to odpłacić!
Zwiesza głowę i trochę robi mi się go żal. Ale tylko odrobinę.
Idziemy po kolei się myć - ja pierwsza. Wychodzę spod prysznica, otulona zapachem mleczka pod prysznic mamy Dymitra. Fajny zapach i chyba jej potomkowi się spodobał, bo chyba więcej razy wdychał powietrze. Będę go kusić tym zapachem, ale on wie, że nie ma u mnie żadnych szans. Będzie ciekawie patrzeć na jego męki.
-Ja już muszę chyba iść.
-Jasne - odpowiada Olena i wręcza mi kawał ciasta. - Przyjdź jeszcze kiedyś.
-Oczywiście.
Wychodzę z domu Bielikowów i udaję się do mojego domu, gdzie oddaje Samancie ciasto i idę na górę. Włączam muzykę, zakładam słuchawki i piszę z Lissą. Jest teraz z swoim chłopakiem w domu i zapraszają mnie, ale, chcąc oszczędzić sobie widoku Ozery, odmawiam. 
Przyciszam trochę piosenki rozmyślam o dzisiejszym dniu.
-Rose! Kolacja! - dochodzi mnie wołanie Sam z dołu.
-Już idę!! - odpowiadam.
Z mozołem zwlekam się z łóżka i schodzę na dół. Jem kanapki z serem żółtym i szynką oraz dziękuję gospodyni za przepyszną kolację.
Wracam na górę i przebieram się w pidżamię. Pokładam się na łóżku i zasypiam, wpierw pakując się na jutro.

sobota, 14 października 2017

Rozdział 3

Po tym jak wróciłam do domu, zjadłam obiad zrobiony przez Samanthę, bo później by narzekała że się głodzie. Ehhh. Czasem mam wrażenie że bardziej się o mnie troszczy niż własna. W między czasie zadzwonił ojciec spytać czy nie mam JESZCZE kłopotów i przypomnieć mi żebym poszła do Oleny pomóc jej z ciastem. Olena to nasza jedyna sąsiadka, ma 39 lat. Zawsze na początek miesiąca robi jakieś ciasta (najczęściej czekoladowe). Lubię jej pomagać w ich robieniu, poza tym zawsze dostaję jedną trzecią ciasta. Często się przy tym wygłupiamy, żartujemy itp.
Założyłam pierwsze lepsze buty, wzięłam telefon i klucze po czym szybko wyszłam z posesji. Gdy dotarłam do domu Bielików zapukałam . Otworzył mi jak zwykle Dimitr.
- Cześć kochanie. -powiedział kiedy mnie zobaczył i zaczął się do mnie zbliżać, kładąc ręce na mojej talii.
-Nie kochaniuj mi tutaj! - zepchnęłam jego łapy i weszłam do środka.
Zdjęłam buty i skierowałem się w stronę kuchni. W pomieszczeniu do którego kierowałam swe kroki stała starsza kobieta, a na blacie mąka i inne potrzebne składniki.
-Dzień dobry Oleno. -powiedziałam.
-Witaj dziecko. Cieszę się że Cię widzę. Chcesz może coś zjeść, pić?- spytała.
-Nie dziękuję, przed chwilą jadłam.
-Dobrze. Bierzemy się do pracy teraz czy najpierw odpoczniemy? -pytała.
-Możemy już robić.- powiedziałam i zaciągnęłam rękawy.
-Okej, to nalej mleka do najmniejszej miski potem wsyp półtorej szklanki kaka i dokładnie to wymieszaj. Potem wsadź miskę do mikrofali i ustaw na dwie minuty. -kazała, a sama zaczęła coś robić, chyba masę.
Po zrobieniu polewy miałam pokroić czekoladę na małe kawałki i włożyć je z polewą do lodówki. Gdy wszystko było gotowe (masa do ciasta, polewa i posypka) zrobiłyśmy sobie chwilę odpoczynku i czekoladę. Po 10 minutach wróciłyśmy do ,,pracy,, . W czasie gdy ciasto było w piekarniku, poczułam jak coś uderza w moje plecy i usłyszałam dobrze znany mi śmiech. Odwróciłam się w stronę Dimitra i zobaczyłam że ma białe ręce od mąki.
-O ty.- pisnęłam. Wzięłam garść mąki i w niego rzuciłam. Przestał się śmiać za to ja zaczęłam. -Masz za swoje.
I tak zaczęła się wojna na mąkę. Hahahahah. 
W między czasie przyszły siostry Dimitra i zaczęły się z nami ,,bawić,,.

sobota, 7 października 2017

Rozdział 2

Właścicielem tych rąk był nijaki Dymitr Bielikow.
-Nie dotykaj mnie tymi brudnymi łapskami! - warknęłam.
-Och, kochanie. Przecież wiem, że mnie pragniesz... - mruczał mi do ucha.
Co za debil!
Jakiś wieśniak powiedział, że JA go kocham? Ja go przecież nienawidzę! On jest tylko wrzodem na tyłku. Lepiej niech się odczepi, bo nie wytrzymam i naślę na niego jakiegoś napalonego byka, który ma dużo w dupie, ale nie w umyśle. Jeszcze widziała to cała szkoła. Niech sobie na za dużo nie pozwala!
Wyrwałam się spod jego rąk i dałam mu plaskacza w twarz.
-Nie zbliżaj się do mnie! - ostrzegłam go przez zaciśnięte zęby.
Chyba zrozumiał, że nie ma u mnie najmniejszych szans, bo odszedł. Jak się upokorzył! Dziewczyna dała mu kosza... koszmar mężczyzny.
-Nieźle sobie poradziłaś - pochwalił mnie Christian i złapał Lissę za rękę.
Wybiła ósma i trzeba było się śpieszyć na ten cholerny apel.
Usiedliśmy na krzesłach w jasnej sali. "Scena" była podwyższana. Wygląda to totalnie jak pod koniec roku. Może nie sprzątali? Cholerę mnie to interesuje.
Rozpoczęcie roku się zaczęło i wszyscy nauczyciele rozwodzili się, jaki to będzie super rok! Będą z nami wspaniale współpracować! Taaa... Można marzyć, nie?
Tortury się skończyły i mogliśmy w spokoju wracać. Matko!  Już 13, a Rick pewnie za chwilę będzie! Przecież on się nigdy nie spóźnia! Czy te baby musiały nas tyle trzymać?
-Liss, muszę już znikać. Rick za chwilę będzie się niecierpliwić...
-Taa.... A twój ojciec zadzwoni do swoich przyjaciół w FBI i CA.
-Uciekam! - Na pożegnanie pocałowałam ją w policzek.
Podeszłam do wejścia i wyszłam na chodnik. Sekundę później zobaczyłam auto szofera. Usiadłam z tyłu i zapytałam:
-Gdybym chciała, żebyś komuś przywalił, to zrobiłbyś to?
-Oczywiście. A kto to taki?
Nagle zobaczyłam GO wychodzącego ze szkoły.
Wiatr rozwiał jego nieco dłuższe włosy, które są niesamowicie seksowne. Nikt z klasy takich nie ma. Czemu te jego usta tak prowokują do grzechu? Jest umięśniony i.... te piękne czekoladowe oczy...
-Panienko Mazur! - Rick macha mi ręką przed twarzą.
Ros! To wieśniak! Nie masz prawa zadawać się z nim! Jesteś przecież tą lepszą. To nie twój świat.
A jednak coś mi się w nim podoba...
KONIEC! To nie moja bajka.
-Mówiłam, żebyś mówił mi "Rose".
On cicho chichocze.
-Chcesz gdzieś jeszcze jechać?
-Nie. Jedź do domu.

wtorek, 3 października 2017

Rozdział 1

Obudził mnie dźwięk budzika. Czemu te wakacje nie mogą trwać jeszcze miesiąca, albo lepiej roku lub więcej. Wstałam ociągając się i próbując się nie przewrócić to przez książki, to przez ubrania. Wzięłam wczoraj przygotowane ubrania, które składały się z czarnych jeansów z dziurami na kolanach z wysokim stanem, ciemnego topu i mojej ulubionej ramoneski. Po ubraniu się i załatwieniu spraw higienicznych poszłam do pokoju uczesać włosy. Postawiłam na dwa warkoczyki. Szybko włożyłam jakiśdl długopis, zeszyt, telefon, portfel i słuchawki do torby, po czym zeszłam na dół.
W kuchni stała już Samantha i robiła mi śniadanie.
Samantha to starsza kobieta po 50, którą zatrudnił ojciec, żebym nie głodowała gdy rodzice gdzieś wyjadą lub wyjdą.
-Cześć Samant.- powiedziałam zawieszając na krzesło torebkę.
-Witaj Rosie. Śniadanie będzie gotowe za pięć minut. Więc siadaj.- powiedziała uśmiechając się jak do własnej wnuczki. W sumie traktowała mnie tak.
-Oki.
Posłusznie usiadłam i czekałam. Rodziców nie będzie jeszcze przez trzy dni, ponieważ pojechali na 17 rocznicę do Miami.
-Smacznego. -powiedziała stawiając przede mną talerz pełen naleśników z Nutellą, bitą śmietaną i owocami.
-Dziękuję.- powiedziałam i zaczęłam jeść.
Po dwudziestu minutach zjadłam pyszne śniadanie, zaniosłam talerz do kuchni, jeszcze raz podziękowała i powiedziałam że mi bardzo smakowało. Idąc do wyjścia pożegnałam się z Samanthą, zgarnęła torbę, okulary przeciwsłoneczne i czarną czapkę pierdolkę z szarym daszkiem i napisem ,,NY,, tego samego koloru. Założyłam czarno-białe adidasy i wyszłam. Weszłam do ogrodu, gdzie było słychać silnik samochodu. Czyli mój ,,kochany,, sąsiad już jedzie do szkoły. Musi zawsze o tej samej porze? Nie może później lub wcześniej! Wchodząc do garażu zobaczyłam Ricka, który czekał na mnie opierając się o auto.
-Cześć. -rzuciłam.
-No elo młoda.- powiedział i otworzył mi drzwi.
Rozsiadłam się wygodnie w fotelu, a po sekundzie siedział już na miejscu kierowcy. Był jakieś 13 lat ode mnie starszy, wiec miałam z kim gadać.
-To jak? Cieszysz się że wracasz do szkoły?- spytał z rozbawieniem gdy staliśmy na światłach.
-Wręcz skacze z radości. -powiedziałam sarkastycznie.
Resztę drogi jechaliśmy w ciszy.
-Wysiadka. Jak coś dzwoń.- powiedział
-Okej. Bay.- powiedziałam wysiadając i biorąc swoje rzeczy.
-Pa i powodzenia.
-Dzięki.-powiedziałam jeszcze zanim zamknęłam drzwi.
Szłam przez plac szkoły, kiedy ktoś mnie zaatakował uściskiem. A tym KIMŚ okazała się moja przyjaciółka. Szybko odwzajemniłam uścisk.
-Hej Liss, aż tak się tęskniłaś.-zażartowałam.
-Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie widzieliśmy się miesiąc. Ty rozumiesz  MIESIĄC!-piszczala mi do ucha, aż mnie zaczęło boleć.
-Dobra, dobra. Nie krzycz tak, bo ogłuchnę. Też tęskniłam.- odsunęłam się.
-Jak było na Hawajach Hathaway?-spytał Christian, którego dopiero teraz zauważyłam.
-Bardzo fajnie i ciepło. A co zazdrościsz ?- zaczęłam się z nim droczyć.
-Ni....-nie było dane mu dokończyć, ponieważ usłyszeliśmy BARDZO dobrze znany mi pociągający (jak jego właściciel) głos. I na dodatek poczułam te seksowne dłonie na moich biodrach i COŚ na pupie.
-Cześć Bejbe. Tęskniłaś za mną kochanie?

poniedziałek, 2 października 2017

Prolog

Cześć.
Jestem Rosemarie Hathaway mam szesnaście lat i jestem zwykłą nastolatką z drobnymi problemami. Nie mam chłopaka, przynajmniej nie stałego. Staram się o dłużej niż kilka dni, ale żaden mnie nie zainteresował. Po prostu małe całowanie dla popularności i tu się cała bajka kończy. Zawsze mówię sobie: Tym razem będzie inaczej. To ten jedyny.
Ale nie jest.
Mam przyjaciółkę - Lissę Dragomir. Zawsze mnie wspiera i pomaga w różnych problemach. Znamy się od szóstego roku życia. Jest moją "siostrą". Liss ma chłopaka, którego szczerze nienawidzę, ale akceptuję. Christian Ozera, ale mówimy na niego po nazwisku, bo tak jest szybciej.
Mieszkam z rodzicami w willi ze służbą. Willa znajduje się na uboczach miasta, więc nie słychać zbyt często przejeżdżających samochodów. I dobrze. Może i lubię imprezować, ale wiecznego szumu samochodów nie cierpię. Mój ojciec to biznesmen, którego chyba cały świat zna. Może i nawet biedne dzieci w Afryce? Nieważne. Nie zgłębiajmy się w  szczegóły. Mama jest zwykłą sekretarką w biurze.
Cały dom utrzymany jest w jasnych kolorach. Na dole znajduje się kuchnia, salon i dwa pokoje gościnne. Na piętrze jest mój pokój, pokój rodziców, ich biura i pokój gościnny.
Obok naszego domu jest jeden domek jednorodzinny i malutki dla niego ogródek. Mieszka tam chłopak z mojej szkoły, którego szczerze nienawidzę. Jest on bardzo chamski i mnie praktycznie ciągłe wkurza, ale trzeba przyznać że jest BARDZO przystojny.
Wracając do ich domu to w porównaniu do naszej rezydencji, jest to jak nic.
Liss mieszka kilometr dalej, bliżej miasta i szkoły. Są minusy tego miejsca. Jak cię porwą, znikasz bez śladu, jak i masz daleko do szkoły. Mam szofera, Ricka, który codziennie wozi mnie do szkoły. Tyle z tego dobrze, że moja rodzina jest bogata. Uff.

Rozdział 7

Otworzyłam oczy i szybko je zamknęłam, bo oślepiło mnie światło wpadające przez okno. Po tym jak moje oczy się przyzwyczaiły, mogłam zobacz...